Kazimierz Jachimek z Radłowa – Żyłem z piętnem dziecka bandyty. Przez 67 lat szukałem grobu ojca

nKazimierz Jachimek miał 15 lat, gdy uwięzili go i brutalnie przesłuchiwali funkcjonariusze UB. Nie wydał miejsca pobytu ojca Józefa, byłego milicjanta, partyzanta Armii Wyzwoleńczej. Teraz ma nadzieję, że u schyłku życia będzie mógł postawić mu krzyż Koszmarny sen Kazimierza Jachimka zawsze wygląda tak samo. Skulony z bólu 15-latek leży na wilgotnej podłodze celi. Z rozbitej głowy leje się krew. Nagle zgrzytają blaszane zasuwy, a w drzwiach karceru staje dwóch ubeków. Najpierw zdziwią się, że jeszcze żyje, a potem znów zaczną go bić bez opamiętania. Nawet kastetami. Wykrzykują raz po raz to samo pytanie: „Gdzie, kur…, jest twój ojciec!?”

Kazimierz Jachimek, dziś 83-latek, doskonale wie, że oprawcy z koszmaru to Stanisław Zając i Józef Pięk, funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa w Brzesku. Wie, bo to, co mu się śni, zdarzyło się naprawdę. Był rok 1947, gdy UB wtrąciło go do kazamat. Tylko dlatego, że jego ojciec Józef Jachimek, ps. Stalin, mieszkaniec Radłowa, samowolnie opuścił szeregi Milicji Obywatelskiej i poszedł bić się z komunistami. Czarę goryczy przelał fakt, że kazano mu trzymać w areszcie Bogu ducha winnych mieszkańców Borzęcina, którzy nie chcieli podpisać zgody na kolektywizację swych pól i łąk. Otworzył im kraty i rzekł coś w tym stylu: „Puszczam was wolno. Chcecie to idźcie, chcecie to siedźcie. Nie będzie tak, żebym ludzi zamykał za nic. Idę do lasu!”. Poszedł więc i do dziś nie wrócił. Trzeba mieć nadzieję, że po 67 latach uda się potwierdzić, iż UB wrzuciło zwłoki Józefa Jachimka i jego towarzyszy broni – Mieczysława Pudełki i Stanisława Sikory – do ziemnego rowu przy murze cmentarza w Brzesku. Ustali to Instytut Pamięci Narodowej z Krakowa. Niski był, niewielkiego wzrostu. Dyscyplinę trzymał, jakby ktoś się na mnie użalił, to nie daj Boże… Taki sam był w lesie – takim ojca zapamiętał Kazimierz. Sam po okolicznych wsiach roznosił upomnienia od „Stalina”: dla działaczy PPR i ORMO. Jeśli się nie opamiętali, stary Jachimek ich rozstrzeliwał, czasem z ich własnego automatu. Młody był łącznikiem: przynosił informacje ze wsi, przekazywał wieści od konspirującego proboszcza z Radłowa, ks. Wojciecha Kornausa. To właśnie w drodze od księdza do taty złapała go bezpieka – gdy ślizgał się na rynku. Na szczęście nie znaleźli listu, który chował w czapce… Przeżył więzienie, choć próbowano go otruć śledziami; namówić na ucieczkę, podczas której niechybnie by zginął itd. Zawsze jednak ostrzegał go ktoś z UB – słyszał ostrzegawczy głos zza okna celi. Wszystko wskazuje na to, że był to prokurator Kura. Na UB siedziała większość rodziny Józefa: żona Helena, siostra Władka, szwagierka Julia, a jego córeczki 7-letnią Marysię i 5-letnią Helenę oddano do domu dziecka w Bochni. Żadne z nich nie wsypało „Stalina”. O śmierci Józefa jego syn Kazimierz dowiedział się już w więzieniu w Tarnowie. Opisującą to gazetę przyniósł mu klawisz i po chwili zabrał. Był 28 grudnia 1948 r. UB dopadło Jachimka, Pudełkę i Sikorę w zasadzce w domu Julii Janickiej na pograniczu wsi Zdarzec i Zabawa. Żołnierze KBW schowali się nawet za piecem kuchennym… Dwoma strzałami w szyję z P38 „Stalina” dobił ubek Wojciech Jura. – Ojciec planował uciec do Niemiec. Mówił: „Ja was wszystkich do Niemiec przeprowadzę”. Ks. Kornaus przesyłał mu informacje: „Wytrzymajcie! Niedługo wybuchnie trzecia wojna światowa” – wspomina Kazimierz. Maria i Helena rozpoznały ojca, bo UB zawiozło je do Brzeska. Widząc zmasakrowane zwłoki tylko zaniosły się płaczem. Piętno dziecka bandyty złamało Kazimierzowi Jachimkowi życie. Sąd na wniosek UB zamknął go w zakładzie wychowawczym w Grodkowie. Po czterech klasach wyrzucono go ze szkoły. Ale nauczyciele mu mówili: „Zdolny jesteś, dasz sobie radę”. Skończył siedem. Pracował jako traktorzysta pod Szczecinem, a wojsko wysłało go do kopalni „Katowice”. Spędził tam ponad dwa lata jako wiertacz. Potem wrócił do Radłowa. Założył rodzinę. Pracował w cegielni. Historia odcisnęła też piętno na matce Kazimierza. Na łożu śmierci zdawało się jej, że… w drzwiach stoi ubek Zając. Był rok 1993. Kazimierz postawił jej nagrobek na cmentarzu w Radłowie. Na tablicy napisał również „Józef Jachimek”. Tak uzgodnił z księdzem. Przywiózł grudkę ziemi spod cmentarza w Brzesku. Ale ludziom się to nie spodobało, choć przecież było już po politycznym przełomie. Mówili: „Przecież Jachimek leży w rowie…”. Powtarzano też: „bandyta”. Ale Kazimierz wie, że ojciec nim nie był. Ostatnio radny i pasjonat historii Adam Kwaśniak zabrał Kazimierza Jachimka do Brzeska. Pokazał mu budynek przy ul. Okocimskiej 5, gdzie teraz mieści się zakład gospodarki mieszkaniowej, a w tamtych czasach urzędowało UB i MO. – W piwnicach nic się nie zmieniło. Cele, kraty, karcer… Jak było, tak jest – mówi Adam Kwaśniak. Później powiózł go na ul. Starowiejską, gdzie siostry prowadzą dom starców, a po wojnie był dom dziecka. Tam przed wywiezieniem do Bochni trzymano siostry Kazimierza. Pierwszy raz historię Józefa Jachimka Kwaśniak usłyszał jako uczeń podstawówki, podczas pogadanki prowadzonej przez oficera SB. – Mój ojciec pochodził z Borzęcina i mówił mi: „Dziecko, nie wierz w to, to wszystko kłamstwa. Ci niby bandyci byli bohaterami, przyjdzie czas, że będzie się o tym mówić, dawać za wzór” – opowiada Adam Kwaśniak. Dożył tych czasów, więc w 2012 r. doprowadził do wmurowania tablicy poświęconej ofiarom represji z lat 1945–48 na ścianie cmentarnej przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Brzesku. A później odnalazł świadka, który w miarę dokładnie, a nie jak dotąd w przybliżeniu wskazał, gdzie pochowano Jachimka, Pudełkę i Sikorę. Leżą jeden na drugim niezmiennie od 67 lat. Świadkowie zapamiętali, jak ubek krzyczał do ubeka z ironią w głosie: „Jachimka rzuć na dno, żeby nie uciekł!”. Wcześniej wszyscy trzej leżeli przez trzy dni przed posterunkiem MO w Radłowie, później przed sądem w Brzesku. Żeby niechętni władzy ludowej mogli się napatrzyć… Od Kazimierza Jachimka pobrano już próbki DNA. Udało się dotrzeć też do dalszych krewnych Pudełka. IPN nic nie wie o rodzinie Sikory. – Ale jeśli rozpoznamy szczątki dwóch osób z grobu, z trzecią nie będzie problemu – mówi Marcin Kasprzycki z IPN. Jednak poszukiwania grobu przy użyciu georadaru odbędą się najwcześniej za rok. Kazimierz Jachimek nie zamierza przenosić kości ojca na cmentarz w Radłowie. Bo nie chce oddzielać go od kolegów. – Razem walczyli w lesie, razem zginęli, razem leżą od lat. Niech leżą dalej. Jakiś krzyż bym tam tylko wbił – mówi. Ma nadzieję na jedno – że gdy tylko IPN potwierdzi, że to miejsce pochówku ojca, przestaną się mu śnić oprawcy: Zając i Pięk. Temu pierwszemu Kazimierz Jachimek chciał dać w pysk. Zanim się zebrał w sobie, ubek zdążył już odejść na tamten świat… *** Józef Jachimek urodził się 4 marca 1911 r. w Radłowie. Nie miał gospodarstwa, więc zatrudniał się dorywczo u innych gospodarzy. Podczas wojny dwukrotnie wywożono go na roboty do Niemiec. W 1945 r. wstąpił do MO, służył w komendzie powiatowej w Brzesku, a później na posterunkach w Radłowie i Borzęcinie. Był chwalony za zwalczanie „band reakcyjnego podziemia”. Ostatecznie zdezerterował. 11 lutego 1946 r. przyłączył się do oddziału Romana Horodyńskiego ps. Jastrząb, dowódcy Armii Wyzwoleńczej, która powiązana była ze Zrzeszeniem Wolność i Niezawisłość. Po śmierci Horodyńskiego i jego następcy Władysława Pudełki ps. Zbroja, Józef Jachimek został dowódcą grupy. 1 kwietnia 1947 r. ujawnił się na UB, zdał broń, ale szybko wrócił do oddziału. Zginął 28 grudnia 1948 r. Plan jego zabicia opracowała ubecka specgrupa, w skład której wszedł m.in. mjr Stanisław Wałach, wówczas naczelnik Wydziału III Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie, który ścigał też m.in. partyzanta z Podhala mjra Józefa Kurasia ps. Ogień.

Źródło: Dziennik Polski