Wyprowadziła siostry z płomieni. 12-latka została Człowiekiem Roku 2014

55214d1ebead3_pMa tylko 12 lat, a odwagi i rozsądku mógłby jej pozazdrościć każdy dorosły. Mówiła o niej cała wieś. Dlatego Gabrysia Tuzimek z Biskupic Radłowskich została Człowiekiem Roku 2014 „Gazety Krakowskiej”.

Gabrysia Tuzimek pamięta to listopadowe popołudnie bardzo dobrze. Właśnie oglądała z młodszymi siostrami telewizję, kiedy zorientowała się, że dom zaczyna płonąć. Mówi, że przerażenia, jakie wtedy ją ogarnęło, nie da się opisać słowami. 12-latka zachowała jednak trzeźwy umysł. Najpierw wyprowadziła z domu siostry, później szybko wezwała pomoc. Choć bliscy, strażacy i szkolni znajomi uważają ją za bohaterkę, sama nie chce się tak nazywać. Woli zapomnieć o tym strasznym dniu. Jak wygląda teraz życie dziewczynki, o której cztery miesiące temu mówiła cała Małopolska? Dziewczynki wzięły koty pod pachy i uciekły z domu Gabrysię najpierw niepokoi dziwny zapach wydobywający się z kotłowni.

Schodzi na dół i przedzierając się przez dym dochodzi do miejsca, skąd widać płomienie. W drewniano-murowanym domu Tuzimków z minuty na minutę jest coraz goręcej. Zazwyczaj w takich sytuacjach sprawy w swoje ręce biorą rodzice. Mama jednak jest na pogotowiu z 10-letnią Agnieszką, która skarżyła się na bóle brzucha. Tata pracuje za granicą, by móc utrzymać pięć córek, więc wiadomo, że nie może go być w domu. Gabrysia jest sama z siostrami: 9-letnią Patrycją i 7-letnią Asią. wcześniej zaglądnęła do nich starsza kuzynka, ale zanim wybuchł pożar, wróciła do swojego dziecka. Strach nie paraliżuje Gabrysi. 12-latka łapie gwałtownie kurtki sióstr, ubiera je i wyprowadza z domu. W pośpiechu Asia i Patrycja biorą pod pachy Funię, Mruczka, Rudego i Filemona, czyli cztery ukochane koty. Biegnie za nimi też Rico, ratlerek. Wszystkie dziewczynki i ich pupile są z daleka od żywiołu, bezpieczne. Gabrysia orientuje się jednak, że nie ma ze sobą telefonu. Jeśli nie zadzwoni szybko po straż pożarną, spłonie cały dom. Wraca w kłęby dymu, które gęstnieją. Na szczęście dobrze pamięta, na którym stole leży komórka. Choć ze strachu nie jest pewna numeru, od razu wykręca ten prawidłowy: 998. Wałkowali go przecież w szkole. Według strażaków, gdyby Gabrysia zareagowała choć pięć minut później, dziewczynki zaczadziłyby się lub straciłyby pole ucieczki. Stanisław Garncarz, naczelnik OSP w Biskupicach Radłowskich, określił zachowanie dziewczyny jako podręcznikowe. W efekcie w pożarze nikt nie ucierpiał. Zniszczeniu uległa domowa kotłownia, instalacja, niewielka część stropu oraz drewniana ściana jednego z pokoi. – Tyle się wtedy działo, a czułam jakby to był ułamek sekundy – wspomina Gabrysia. Wielka ulga i przepłakana bezsenna noc Jest godzina 17.30. W trakcie wizyty z córką na pogotowiu, pani Grażyna dostaje telefon od siostrzenicy, że w domu był pożar. Kobieta chce wiedzieć tylko jedno: czy jej dziewczynki są bezpieczne. – Nogi się pode mną ugięły. Najważniejsze było dla mnie to, że córkom nie stała się krzywda. O tym, co dokładnie działo się w domu, dowiedziałam się dopiero na miejscu – wspomina mama Gabrysi. – Prawie nigdy ich nie zostawiam samych, tylko w sytuacjach podbramkowych. Podobno dobrze, że mnie nie było, bo jeśli wieczorem zapaliłabym w piecu, pożar mógłby być dużo bardziej agresywny. Nikt by nie przeżył. W tym samym czasie siostra Gabrysi, Sylwia, bawi się na andrzejkach. Nagle podchodzi do niej kierowca szkolnego busa i pyta kilkakrotnie, czy dziewczynka nie chce już jechać do domu. Sylwia czuje, że coś tu nie gra. – Powiedziałam, że nigdzie nie pojadę, dopóki ktoś mi nie powie, co się dzieje. Gdy się dowiedziałam, zaczęłam płakać. Bałam się, że coś się stało siostrom – opowiada. O pożarze dowiaduje się też tata dziewczynek. Bez zastanowienia wsiada w samochód. Dopiero jadąc niemiecką autostradą, informuje szefa, że miał w domu pożar i wraca do kraju. Tej nocy Gabrysia, podobnie jak mama i siostry, nie zmrużyła oka. Opadły emocje, które towarzyszyły jej podczas akcji ratunkowej. – Długo płakałam, kuzyn ze mną rozmawiał i mnie uspokajał. W końcu ze zmęczenia zasnęłam. Na następny dzień poszłam do szkoły, ale nie mogłam się skupić na lekcjach. Na szczęście nauczyciele byli wyrozumiali – opowiada. W kolejnych dniach po pożarze Gabrysia miała mdłości i bóle głowy. Młodsze siostry wymiotowały. Gabrysia od małego była odważna i zadziorna Koleżanka Gabrysi, Ania, opowiada, że następnego dnia cała klasa czekała na nią w szkolnej szatni. Gdy tylko ujrzeli Gabrysię, zasypali ją pytaniami i gratulacjami. – Bardzo się cieszyliśmy, że ją widzimy – mówi Ania. – Mój kolega z ławki wszystkim się chwalił, że ze mną siedzi – śmieje się Gabrysia. – Dzień po pożarze mieliśmy dyskotekę. Moja klasa myślała, że mnie na niej nie będzie. Ale przyszłam, bo jestem w samorządzie szkolnym. Koledzy i koleżanki bardzo mnie wspierali – dodaje. Podczas uroczystego apelu w szkole dzielna uczennica otrzymała puchar od Ochotniczej Straży Pożarnej. Jak mówi pani Grażyna, jej córka zawsze była taka rezolutna. Jeśli sobie coś postanowi, musi to zrobić. Gdy uczyła się jeździć na rowerze, mogła spadać z niego setki razy, być cała obolała i posiniaczona, a i tak wsiadała z powrotem na siodełko. – Jestem z niej dumna – twierdzi kobieta. Dziewczynka chodzi do szóstej klasy. Od roku uczęszcza też do młodzieżowego zespołu straży pożarnej, przy OSP w Biskupicach. Jej dziewczęca drużyna w ubiegłym roku zajęła drugie miejsce w zawodach gminnych. To właśnie ze względu na zawody Gabrysia lubi to robić. Nie wiąże jednak ze strażą przyszłości. Ma duszę artystki. – Bardzo lubię robić zdjęcia, rysować, śpiewać – opowiada. Młodsze siostry podpowiadają, że wymyśla dla nich superbajki. Nie wyklucza, że kiedyś swoją historię zakończoną happy endem przeleje na papier. – Czasem śni mi się pożar, ale za każdym razem ze szczęśliwym zakończeniem – zaznacza Gabrysia. Mimo że stanęła twarzą w twarz z płomieniami, to jednak pająków boi się bardziej niż ognia. Nadszedł czas, by o tym wreszcie zapomnieć Na parapecie Gabrysi leży pluszak strażak. Na ścianie wisi specjalny kalendarz od strażaków, dyplom z tytułem „Człowiek Roku 2014” przyznany przez Gazetę Krakowską. Na półce statuetka z tym samym tytułem i wcześniej wspomniany puchar. – To były dla mnie miłe gesty. Nie chcę już jednak wspominać pożaru. Nie czułam i nie czuję się bohaterką. W pewnym momencie miałam już mętlik w głowie od tego zamieszania wokół mnie – wyznaje 12-latka, której rodzinny dom nie był niestety ubezpieczony. A straty oszacowano na 20 tys. złotych. Tuzimkowie nie mogli liczyć więc na odszkodowanie. Pomocną dłoń wyciągnęli do nich mieszkańcy Biskupic Radłowskich, strażacy i wójt. Dzięki nim udało się zebrać pieniądze i po dwóch tygodniach ciężkiej pracy, od rana do nocy, udało się przeprowadzić remont. Wciąż nie wiadomo, co było przyczyną pożaru. Mimo że dom zyskał dawne oblicze, mama Gabrysi budzi się w nocy. Nie dziwi się córce, że niechętnie opowiada o tym listopadowym dniu. – Po remoncie jestem spokojniejsza, ale jakiś strach jednak zostaje. Próbujemy zapomnieć, zacząć życie od nowa.

Źródło:Gazeta Krakowska