Nasi samorządowcy wolą kasę zamiast urlopu

pieniadze-kasa-banknoty_19821484Gdyby bezkrytycznie wierzyć statystykom, można odnieść wrażenie, że większość samorządowców z naszego regionu jest zapracowanych jak woły. Wśród nich znaleźli się i tacy, którzy do niedawna mieli około 70 dni zaległego urlopu. Pod postacią ekwiwalentu za niewykorzystane urlopy na konto rekordzistów z regionu tarnowskiego wpłynęło od 24 do prawie 30 tysięcy złotych. Nadwyżkę wolnego – ponad ustawowe 26 dni urlopu rocznie – w przypadku burmistrzów, wójtów czy starostów, dają też godziny nadliczbowe. Wystarczy, że w sobotę, niedzielę lub święto wezmą udział w uroczystości mniej lub bardziej, ale jednak związanej z pracą na rzecz miasta, powiatu lub gminy. Za to już należy się dodatkowe wolne! Do tego dochodzą nadgodzinki z tzw. dni szarych. Bo tam trzeba przeciąć wstęgę, gdzie indziej złożyć wizytę itp.

Co ciekawe samorządowcy jako pracownicy zarządzający zakładem pracy nie mają obowiązku ewidencjonowania godzin pracy. – Kontrola nad tym, ile dni urlopu w roku wykorzystał samorządowiec i jak wiele ma nadgodzin spoczywa na osobie, którą wyznaczy sam włodarz gminy, miasta czy powiatu. Taką osobą jest zwykle sekretarz urzędu – tłumaczy rzecznik krakowskiego oddziału Państwowej Inspekcji Pracy Anna Majerek. – Przyznać trzeba, że to mało komfortowa sytuacja dla podwładnego, gdy ma sprawdzać własnego szefa. I tak szefowie mają najczęściej do wykorzystania całą masę dni wolnych. Rekordzistą okazał się Kazimierz Fudala, były już wójt Rzepiennika Strzyżewskiego. Gdy po przegranych wyborach opuszczał urząd, na koncie miał aż 67 dni wolnego do wykorzystania. Na odchodne zainkasował więc z tego tytułu ponad 27 tys. zł brutto. Nieco tylko mniej zapracowani byli Teresa Połoska – do niedawna burmistrz Ryglic – z 52 dniami wolnego (ponad 24 tys. zł). Identyczną ilość wolnego „zachomikował” Stanisław Burnat – były wójt Pleśnej. Z przywileju zamiany urlopu na kasę korzystają nie tylko pokonani w wyborach i opuszczający gabinety władzy. Choćby burmistrz Radłowa Zbigniew Mączka otrzymał ekwiwalent za 46 dni zaległego urlopu, co w jego przypadku warte było ponad 22 tys. zł. Z takimi pieniędzmi w portfelu samorządowcy mogą puścić wodze fantazji w temacie wymarzonych wakacji. Były burmistrz Dąbrowy Tarnowskiej z rekordową sumą prawie 30 tys. zł brutto mógłby oblecieć cały świat. Nawet po potrąceniu podatków od tej kwoty. 9 dni w gorącym Meksyku z opcją all inclusiv to jedyne 5 tys. złotych. Potem można by zajrzeć np. na Malediwy. Hotel pięciogwiazdkowy, sauna, jacuzii, wieczorem do kolacji muzyka na żywo. Na wyciągnięcie ręki szumiący Ocean Indyjski. A to wszystko na tydzień za 6,2 tys. zł od osoby. Kasy wystarczyłoby jeszcze, by w pakiecie wziąć Dominikanę – 9 dni za jedyne 4,5 tys. zł. Tam nie tylko można poczuć się jak korsarz, żeglując po Morzu Karaibskim, ale – jak podaje folder reklamowy- opanować tańce w porywających, latynoskich rytmach. Mało wrażeń? To jedziemy na safari do Kenii. Taka przyjemność na 9 dni to jedyne 5200 zł. Były burmistrz stolicy Powiśla przekonuje jednak, że nie w głowie mu wojaże. – Urlopy przeważnie spędzam na działce. Jeśli jeżdżę, to po kraju – mówi Stanisław Początek. Na co wyda kasę? Tego nie zdradza. Za to do ciepłych krajów chętnie wybrał by się były wójt Pleśnej. – Chciałbym spędzić urlop w Egipcie. Na razie nie mam jednak pewnej pracy, więc pieniądze mogą być potrzebne na życie – mówi Stanisław Burnat. A jak tłumaczy się Jerzy Soska, były burmistrza Zakliczyna? – Odprawę i ekwiwalent za urlop wykorzystałem na spłatę kredytu. Ale na urlop chciałbym pojechać gdzieś za granicę – przyznaje. 


Źródło: Gazeta Krakowska